Bieganie poza utartymi szlakami...

Niełatwe życie alergiczki

local honey for allergy 1Wychodzę z domu i zaczynam biec, krok za krokiem, przed siebie pełna zachwytu nad coraz bardziej zieloną wiosną wokół. Jest tak pięknie! Chce się żyć, chce się biegać, chce się pędzić przed siebie... Stop. Chciałabym tak się czuć. Tymczasem moja rzeczywistość wygląda drastycznie inaczej. Biegnę... i z każdym krokiem coraz trudniej mi się oddycha. Wiercenie w nosie i katar to najprzyjemniejsze elementy mojego samopoczucia. Gorzej, że naprawdę brakuje mi tchu. Biegnę powoli jak na mnie bo w okolicach 5 min/ km. Powinno być lekko. Ale nie jest. Jest ponadprzeciętnie trudno. Rozglądam się dookoła. Naprawdę jest pięknie, ale... jakoś kręci mi się w głowie... czuję się jakbym coś wypiła, albo... nie trochę inaczej, chyba czuję się jakby świat był trochę z boku... oderwanie od rzeczywistości. Ale nie jest to przyjemna uczucie. I ból głowy. Nie marudzić. Nie narzekać. Dalej przed siebie, zakręt... śliczne zielone pąki na drzewach... zakwitły niektóre drzewa, jest ciepło... nie - jest mi gorąco... a zasadzie to nawet duszno. Zwalniam, bo na tym etapie mój oddech zamienia się w sapanie...

Przypominam sobie swoją formę sprzed miesiąca. Frunęłam. Myślałam, że góry mogę przenosić, myślałam, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać... Zapomniałam tylko o alergii. Zapomniałam, bo łatwo zapomnieć kiedy na początku zimy planuje się wiosenny sezon startowy, kiedy patrzy się w kalendarz i zastanawia z pewnego rodzaju ekscytają... gdzie by tu wystartować... No więc "zapomniałam", chociaż z alergią na pyłki roślin zmagam się już dobrych kilka lat, a od 3 lat regularnie przez okrągły rok chodzę na szczepienia odczulające.. Łatwo jednak zapomnieć... Człowiekowi czasami wydaje się, ze naprawdę jest niezniszczalny, że wszystko zależy tylko od siły naszej głowy od umiejętności pokonywania własnych słabości... Zawsze tak uważałam, nadal tak uważam... ale... na pewne rzeczy jednak nie mamy wpływu...

W zeszłym roku wiosna przyszła później i zbiegła się z moim okresem roztrenowania po wiosennych półmaratonach. Nie było dramatu. W tym roku wszystko jest inaczej. Mam wrażenie, że stężenie pyłków w powietrzu jest ponadprzeciętne. Alergia w połączeniu z ciągnącą sie trzeci tydzień infekcją górnych dróg oddechowych przybrała paskudną formę. Leki nie dają rady, krople do oczu nie wystarczają. Wszystko puchnie, swędzi i co najgorsze - nie pozwala swobodnie oddychać. Za tydzień biegnę maraton. 42 kilometry zmagania z własnymi słabościami i.... zapomnianymi słabościami mojego ciała. Pewnie jestem nierozsądna...

Być może spadnie deszcz. Prawdę mówiąc marzę o deszczu:) Być może mogłabym się wtedy naprawdę zachwycić światem wokół i po raz pierwszy od dłuższego już czasu po prostu poczuć się normalnie... Tymczasem... cóż, jakoś trzeba przetrwać:) Let it rain, let it rain, let it rain...



Komentarze ()