Bieganie poza utartymi szlakami...

Łódź Maraton DOZ czyli 42km 195m w 3:23:41

na trasieCel ma znaczenie. Ambitny plan jest tym, co nas napędza do działania, co motywuje, co sprawia, że wychodzimy trenować nawet wtedy kiedy naprawdę nam się nie chce... Ale biegać trzeba sercem. Inaczej tracimy to, co najcenniejsze - radość z biegania. Przypomniałam sobie o tym kilka dni temu kiedy przemyślałam sobie moją "porażkę" z połówki w Warszawie (bo zakładałam lepszy wynik) i kiedy postanowiłam, że jednak nie zrezygnuję ze startu w maratonie (a miałam przez chwilę taki zamiar). Nie zrezygnowałam i dziś mogę powiedzieć, że za mną kolejny maraton. Wspaniały maraton w moim rodzinnym mieście. Jak dobrze, że jednak to sobie przemyślałam i przypomniałam co jest w tym bieganiu najważniejsze. I najpiękniejsze... A co jest?

 

Ten pozytywny stres tuż przed wystrzałem startera kiedy ma się świadomość, że to JUŻ i że choć ma się w głowie jakiś plan to jednak wszystko się może zdarzyć...

To morze kolorowych ludzi, którzy wielką falą ruszają przed siebie pełni energii, determinacji i radości.

Te pierwsze kilometry kiedy czuje się niewyobrażalne wręcz pokłady sił... i chęć żeby biec szybciej i szybciej (ale jednak tym razem pilnowałam się na początku żeby nie przyspieszyć mimo, że nogi mnie niosły...)

To uczucie zmęczenia powoli stopniowo ogarniające całe ciało. I świadomość, że to ciało jest zdolne do wysiłku, przygotowane, mocne...

Fantastyczni ludzie, którzy pojawiają się nagle niewiadomo skąd, żeby wnieść pozytywną energię w nasze życie, przez ten bieg i na długo długo potem... Dziś najpierw poznałam Roberta, gdzieś w okolicach 11-go kilometra. Później dołączyli do nas Tomek i Michał. Biegliśmy razem przez dobrych kilkanaście kilometrów rozmawiając od czasu do czasu. Nawet nie wiem kiedy minęliśmy podbiegi, których tak się obawiałam przed tym maratonem! Dzięki chłopaki - świetnie się z Wami bawiłam! Tomek postanowił zostać ze mną do końca (chociaż mógł spokojnie wyrwać do przodu) i wspierał mnie aż do mety. DZIĘKUJĘ! Nie zapomnę!

z Tomkiem Michaem i Robertem

Poznaliśmy się na trasie: ja, Tomek, Michał i Robert:)

Doping najbliższych na trasie... Dzięki, że Wam się chciało! Koło 27-go kilometra czekał mój mąż z córeczką. Zatrzymałam się na sekundę dać jej obiecanego wcześniej całusa. Dwa kilometry dalej dopingowała mnie moja Przyjaciółka, która pojawiła się później jeszcze na 36-ym kilometrze, tam, gdzie dopadł mnie kryzys, a później czekała na mecie (Dzięki "Stara"!). Na 39-ym czekali moi rodzice, a mama pobiegła kawałek ze mną...

Doping wszystkich bliższych i dalszych znajomych. Dzięki Wam wszystkim za okrzyki, brawa i motywację...

Radość z sukcesów moich znajomych. Dziś chyba największa z wielkiego sukcesu Andrzeja, który po kilku próbach złamał 3 godziny! Gratulacje! Gratulacje też dla Maćka i Tomka za życiówki, dla Asi, Bogusi i Jacka za debiuty. Pewnie o kimś zapomniałam...

Ta satysfakcja na mecie, że się udało, że dobiegłam, że dałam radę, że pokonałam ostatecznie ból i zmęczenie. Taaak, satysfakcja nie do opisania!

z Michalem i Tomkiem za meta

z Michałem i Tomkiem za metą:)

Radość, radość, radość!

Ból całego ciała po maratonie:) Tego nie da się porównać z niczym innym. Ktoś mógłby zapytać co jest fajnego w bólu. Ciekawe, że nigdy nie usłyszałam tego pytania od maratończyka:)

 

Podsumowując - to był wspaniały bieg od początku do końca. Postanowiłam biec bez napinania sie na wynik, bez planowania każdego kroku i przede wszystkim bez stresowania się, że biegnę "nie tak jak miało być".  Było idealnie. Jeden mały kryzys między 36 i 39 kilometrem udało się przezywyciężyć i odrobinę przyspieszyć. Życiówka. Czas z Berlina poprawiony o 9 minut! Yeees - I did it!

 

Mój maraton w liczbach:

3:23:41 - wynik netto na mecie

4:44min/km - średnie tempo

4:24 min - mój najszybszy kilometr (33 - ci:))

1 - liczba kryzysów (nie było aż tak źle)

2392 spalonych kcal:)

 



Komentarze ()