Bieganie poza utartymi szlakami...

Odliczanie do startu...

Beskid SadeckiDo startu w Biegu 7 Dolin zostało 10 dni. To mało i dużo. Na tyle mało, że już nic się nie wytrenuje. I na tyle dużo, że jeszcze może człowieka zacząć "nosić", bo przecież oczekiwanie na "wielkie wydarzenie" nigdy nie jest czasem spokoju! Ponieważ nie poprawię już formy to staram się teraz jej nie zepsuć:) Odpuściłam sobie zatem wszelkie ciężkie treningi, wyścigi i wyzwania. Odpoczywam. Zbieram siły i pracuję nad tym, żeby poczuć "głód biegania" w odpowiednim czasie. To nie znaczy, że nie biegam wcale:) Nie wytrzymałabym! Po ostatnim dłuższym treningu odpuścilam sobie co prawda na kilka dni, bo bolala mnie noga, ale w tym czasie ćwiczyłam inne rzeczy:). Na przykład wzmacniałam mięśnie głębokie ćwiczeniami izometrycznymi; w sobotę byłam na basenie i relaksowałam się w saunie, a w niedzielę... już poszłam pobiegać. Spokojna dyszka po lesie uspokoiła moje obawy co do stanu zdrowia bolącej wcześniej nogi (jest OK!!!). Teraz na przemian trochę biegam, trochę ćwiczę na orbitreku, trochę wzmacniam inne partie ciała niż nogi. Bez ruchu nie usiedzę, a poza tym nie chcę przecież w dniu startu czuć się jak babcia:) Umiarkowany ruch jest w cenie. Taaaak.

Czas najwyższy również pomyśleć o logistyce! O ile kwestia doboru treningów przed takim biegiem nie była jakimś wielkim problemem (co nie znaczy, że byłam pewna, że wszystko robię jak należy:)) o tyle w kwestii logistyki ultra-biegowej jestem kompletnie "zielona". Wiem oczywiście, co muszę mieć przy sobie jeśli chodzi o wymogi regulaminu, wiem że są przepaki i wiem już na których kilometrach:) Ale... szczerze mówiąc nie do końca wiem co zapakować na te przepaki. Zapasowe skarpetki i suche ubranie - na pewno. Maść linomag na obtarcia - pewnie może się przydać. Zapasowe buty? Pojęcia nie mam ani które, ani na którym kilometrze mają na mnie czekać! Jedzenie... może wystarczy to co oferują organizatorzy? Przejrzałam informacje o bufetach i prawdę mówiąc nic mi tam nie brakuje poza batonikami muesli, które już zakupiłam:) Żeli nie jadam więc problem wyboru odpowiednich mam z głowy. Picie - butelka wody, butalka izotonika i butelka... odgazowanej coca-coli, która najlepiej łagodzi ból "ściśniętego" żołądka...

Pozostaje mi jeszcze naładować się pozytywną energią, rozmnożyć wiarę we wlasne możliwości i nie przejmować się przerażeniem w oczach bliskich.. Ciekawe swoją drogą czy zaprawieni w bojach ultrasi też mają we wspomnieniach "uważaj na siebie", "to strasznie dużo kilometrów", "obiecaj mi, że odpuścisz jak będzie bardzo źle" (What the fuck? Ja mam odpuścić? Przecież właśnie układam w głowie, żeby nie odpuszczać...) Nie no - rozumiem, to urocze w gruncie rzeczy, że są ludzie, którzy tak się o mnie martwią... A ja obiecam tylko po prostu tej najmniejszej istotce, ktora jeszcze nie rozumie co mamusia robi ani po co (kto to wie???), że wrócę cała i zrowa. Taka obietnica wystarczy. Z resztą sobie poradzę. Jakoś. Jakoś to będzie... Czuję ekscytację. Czuję trochę stresu. Mam 17 godzin. 17 godzin, żeby dotrzeć z punktu A do punktu...A:) I 100 kilometrów przez góry pomiędzy. Dam radę? Ponoć "Każde marzenie dane jest nam wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia"... I tego się będę trzymać:)



Komentarze ()