Bieganie poza utartymi szlakami...

W poszukiwaniu wrażeń ekstremalnych...

nad jezioremW czwartek przed długim weekendem wyruszyłam na Pojezierze Drawskie, gdzie od kilkunastu dni wypoczywali  moi rodzice z wnuczką:). Córunia zdążyła stęsknić się za mamą, a mama za córunią więc postanowiłam spędzić kilka dni razem z nimi pod namiotem i po weekendzie przywieźć mojego Szkraba do domu. Niestety w czwartek przyszło ochłodzenie i zamiast upałów nad jeziorem przywitała mnie temperatura około 18 stopni w dzień i - o zgrozo - około 10 stopni w nocy. Pod namiotem! Kąpiel? Proszę bardzo - jest całe jezioro wody... Ok, umówmy się - nie pierwszy raz w życiu. Dzieciństwo spędziłam pod namiotem, na corocznych spływach kajakowych i nie obce mi było kąpanie się w lodowatej wodzie i zawijanie się w sterty swetrów i śpiworów. Ale jakoś w dzieciństwie było to łatwiejsze! Czy zestarzałam się aż tak bardzo? Czy to kwestia wygodnictwa? Nie wiem. Może tak... Bo przecież żyjemy w wygodzie. Tak wielkiej, że zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy i mamy jeszcze tendencje do narzekania - na wszystko! Tymczasem to wygodnictwo kosztuje nas sporo charakteru, bo jak można w tak komfortowym świecie jak współczesny wyrobić sobie siłę, odporność na trudy i wytrwałość? Skoro wszystko jest na wyciągnięcie ręki; gotowe do wykorzystania, pomocne, ułatwiające życie... Tak - zrobiłam się wygodnicka. Zdecydowanie potrzebuję łazienki z ciepłą wodą, wygodnej toalety i dużego lustra. Conajmniej tyle...

Nad jeziorem tego nie było i choć wymarzłam się niemało to jednak... doceniłam tą niesamowitą moc natury i prostotę życia w naturze. Zupa gotowana nad ogniskiem smakowała przepysznie, zapach lasu i szum drzew uspokajał jak nic innego. Rozgwieżdżone niebo - tego nie ma w mieście. Tak samo jak nie ma chyba piękniejszego odgłosu niż... żurawie nawołujące się o świcie. A na mgłę unoszącą się wieczorem nad taflą jeziora moglabym patrzeć bez końca...

Wczoraj wróciłam z tego lasu. Wkurzyłam się na nadmiar samochodów i smród spalin. Ale doceniłam elektryczność, ciepło we wlasnym mieszkaniu i nade wszystko wynalazek jakim jest prysznic z gorącą wodą. Jakież było zatem moje zdziwienie dzisiaj kiedy tuż przed wyjściem na umówiony trening po pracy odkryłam, że w moich kranach w domu nie ma wody. Nie tylko ciepłej - żadnej! Trening zrobić trzeba, wiadomo, więc ubrałam się, spakowałam plecak (ostatnio biegam z plecakiem w celu oswojenia się z jego obecnością - a przy okazji zabieram dodatkowe buty) i poleciałam. Bieganie było i sympatyczne i ciężkie jak diabli. Sympatyczne, bo spotkałam dawno niewidzianych znajomych, którzy w okresie urlopowym jakoś się porozjeżdżali. Ale ciężkie - bo od samego początku coś było nie tak.

Trudności ze złapaniem tchu zgonilam na odwodnienie - około 16-ej zorientowałam się, że w zasadzie od śniadania nie wypiłam ani kropli wody - z reguly mi się to nie zdarza, szczególnie przed planowanym długim wybieganiem! Dzisiaj jednak tak pochłonęła mnie praca, że po prostu... zapomniałam! Później, około 15-go kilometra zaczęłam czuć nogi. Z każdym krokiem coraz cięższe - to raz. Poza tym ból mięśni dawał o sobie znać wyjątkowo paskudnie (bolą mnie od soboty kiedy to przeleciałam 20km w zawrotnym tempie uciekając przed wichurą i zacinającym lodowatym deszczem!).

Człapiąc w kierunku domu grubo po zachodzie słońca przypomniało mi się, że nie będzie prysznica, bo nie ma wody. Co za kosmiczny pech! Z trudem wdrapałam się na moje 10-e piętro czując coraz bardziej przenikliwy ból w nadwyrężonej łydce. Już roztaczałam przed sobą radosną wizję kąpania się w butelce mineralnej kiedy z kranu trysnęła najpierw ruda, później żółta, a wreszcie przezroczysta cieplutka ciecz. Co za radość!!! Tak... warto czasem oderwać się od codziennej wygody, wyjść poza strefę fizycznego komfortu i poszukać bardziej ekstremalnych wrażeń. Po to, aby docenić drobiazgi, które jak się okazuje wcale takimi drobiazgami nie są;)



Komentarze ()