Mallorca

Zakręcona jak makaron;)

zakrecona jak makaron2Znów przypaliłam garnek z kaszą. Noooo, sorry - po prostu zapomniałam, bo pochłonęło mnie pisanie... Kiedy nagle nadchodzi inspiracja po prostu trzeba usiąść i TO zapisać. Trudno żeby w takiej chwili stać nad garnkiem i patrzeć jak bulgoce kasza jaglana! Znów usłyszałam, że jestem roztrzepana jak mendel jajek. Ale zapewniam – w tym szaleństwie jest metoda! Gdybym robila wszystko po kolei jak to mi niektórzy radzą połowy rzeczy nie zrobiłabym w ogóle. Albo nie było by obiadu ani czystych ubrań, albo nie powstało by nigdy moje "dzieło", nad którym zaczęłam pracę, a ja nie byłabym tym kim jestem, bo przecież nie znalazłabym czasu na sport. Nie mówiąc już o artykulach na portal i o innych rzeczach, w które się angażuję. Jeśli więc ceną za spełnione, odlotowe życie i biegową formę ma być przypalony od czasu do czasu garnek to ok - myślę, że jestem w stanie zapłacić...

 

Życie w szalonym tempie żeby ze wszystkim zdążyć i wszystko ogarnąć bywa męczące. Szczególnie wtedy, kiedy ten nadmiar objawia się bezsennością i to na 3 dni przed ultramaratonem, do którego szykowałam się od dobrych kilkunastu tygodni! A dzisiaj nie mogłam spać. Przypomniał mi się teraz film, komedia sprzed paru lat; chyba miał tytuł "Jak ona to robi". Główna bohaterka każdej nocy tworzy w głowe listę rzeczy do zrobienia. Żeby wszystko działało - w pracy i w domu. W takim życiu niewiele pozostaje miejsca na spontaniczność, ale też... brak listy oznacza, że sprawy nie zostaną załatwione. Nie muszę daleko szukać, żeby zrozumieć to wariactwo! Sama jestem zakręcona jak makaron, którym właśnie powinnam się opychać;)

 

Niestety nie zawsze kłopoty kończą się na przypalonym garnku. Moja córcia poszła w poniedziałek do przedszkola. Jak przystało na dzielną 3-latkę o bardzo towarzyskiej osobowości wszystko odbyło się bez najmniejszego problemu. Córcia pognała radośnie do innych dzieci, a ja rzuciłam się w wir zajęć. Niestety, drugiego dnia nie było już takiej euforii, a dzisiaj cały poranek słyszałam tylko "ja naprawdę nie chcę iść do przedszkola". Ja wiem, że mojemu dziecku nic złego się nie dzieje w tym przedszkolu. Chodzi pewnie o fakt, że nie wszystko jest dokładnie tak jakby chciał mój rozpieszczony Skarb:) Na szczęście już po południu zrobiło się bardziej optymistycznie w tym temacie więc zakładam, że to kwestia czasu - Bąbelek się przyzwyczai...  Wiadomo jednak jak to jest na początku - to przykre uczucie zostawiać dziecko w miejscu, w którym niekoniecznie chciałoby akurat zostać. A jeszcze na dodatek muszę w piątek wyjechać na cały weekend!

 

Muszę, bo zaplanowałam to przecież chyba z rok temu, bo akurat w ten weekend jest Bieg 7 Dolin i cały Festiwal Biegowy w Krynicy, gdzie nie tylko "biegam sobie dla frajdy" (Też mi frajda zapitalać 100km przez góry! Co mi przyszło do główy Co ja sobie myślałam?) ale też uczestniczę w inny sposób reprezentując media, które prowadzę:) Dla niektórych niepojęte, ale tak - to też jest moja praca i nawet jeśli praca i pasja się zazębiają to w dalszym ciągu człowiek ma pewne zobowiązania:) Muszę zatem dołożyć jeszcze jedną cegiełkę stresu do całego przedsięwzięcia pt. Bieg 7 Dolin. To stres jaki może spaść chyba wyłącznie na matkę, która choćby tłumaczyła sobie kilkanaście razy, że nic złego się nie dzieje i jest OK, i tak będzie czuła niepokój, że może jednak nie do końca jest okej...

 

Zachować spokój, myśleć pozytywnie, myśleć zadaniowo. Dasz radę kobieto! Teraz zostało mi już TYLKO zapakować wszystkie potrzebne rzeczy i o niczym nie zapomnieć (na przykład o butach do biegania lub o prezentacji, którą mam na Forum:)!; zjeść więcej węglowodanów niż zazwyczaj żeby napakować mięśnie glikogenem; nie zamartwiać się i dobrze się wyspać ostatnie 2 noce przed sobotą; poprzytulać córcię i nic już nie przypalić przed wyjazdem:); przebiec tą setkę i wiedzieć, że mogę, że dałam radę, że mam w sobie siłę! Trzymajcie kciuki - kto tam chce:)

 

 



Komentarze ()